Tak, mowa o genialnym musicalu “Mamma mia!”, w którym możemy usłyszeć największe przeboje szwedzkiej grupy Abba. Jak najbardziej jestem na tak, pełno plusów! Ekranizacja z 2008 roku, w której główne role zagrali: Meryl Streep jako samotna matka prowadząca z córką Sophie (Amanda Seyfried) stary hotel na maleńkiej greckiej wyspie. Akcja toczy się podczas przygotowań do wesela Sophi i Sky’a, którego gra Stellan Skarsgard. Sophie odnajduje pamiętnik matki, w którym opisane są jej przygody podczas wakacji, gdy zaszła z nią w ciążę. Jest trzech mężczyzn, co się równa trzem potencjalnym ojcom dziewczyny. Zaprasza wszystkich trzech “ojców” na swoje wesele i wtedy się zaczyna…
W filmie nie wykorzystano oryginalnych utworów Abby, odświeżono ścieżki dźwiękowe, natomiast aktorzy nagrali wokale.
Gra aktorska na wysokim poziomie, film zdecydowanie wciąga, a forma musicalu sprawia, że można poczuć się, jakby było się na wyspie posród tłumnych, śpiewających i tańczących ludzi.
Serdecznie polecam widzom, którzy nie oglądali!
Pozdrawiam!
Kategoria: takie sobie notatki
“Jesienna miłość” (” A walk to remember”) powieść autorstwa Nicholasa Sparksa z 1999 roku to znana wszystkim historia pięknej, szczęśliwej miłości bez happy endu. Młody Landon Carter przeżywa swoją pierwszą miłość w dziewczynie, której niegdyś nie znosił. Ona odwzajemnia jego uczucia, ba, nawet modliła się do Boga, by sprawił, żeby Carter się w niej zakochał. Landon zauważa pozytywne zmiany w swoim życiu, w swojej osobowości, które zawdzięcza słodkiej Jamie Sullivan – córce pokręconego pastora w 20-tysięcznym miasteczku, która jest uosobieniem dobroci, gorliwej wiary i optymizmu. Niestety całą miłosną sielankę przerywa białaczka, która dopadła dziewczynę. Sposób w jaki Landon opiekuję się Jamie, jak wiele jej daje, jak cierpi również doprowadza do łez zarówno tak jak i Jamie, która cieszy się każdą chwilą jaka jej została. Byli tacy młodzi – mieli po siedemnaście lat, a mimo to była to tak dojrzała miłość. Widzimy przemianę Landona, który z dzieciaka zmienia się w mężczyznę – opiekuńczego, czułego, dojrzałego.
Oczywiście jest piękny ślub, kościół wypełniony po brzegi w mieszkańcach miasteczka, przyjaciołach, znajomych ze szkoły, rodzinie i jest śmierć.
Narratorem jest ponad pięćdziesięcioletni Landon, który cofa się pamięcią do tamtych wydarzeń.
Jest to zdecydowanie najpiękniejsza książka o miłości jaka została wydana. W momencie przekazania smutnej wiadomości o chorobie nie mogłam przestać płakać już do ostatniej strony. Polecam gorąco!
Ps. Ekranizacja powieści znana wszystkim jest pod tytułem: “Szkoła uczuć”.
Wczoraj skończyłam czytać ostatnią część “Harrego Pottera”. Czytałam każdą część (począwszy od pierwszej oczywiście) jedną po drugiej i muszę przyznać, że to coś fantastycznego! Jestem pod wielkim wrażeniem tego oto fenomenu! Podziwiam autorkę, że tak wiernie oddawała każdy szczegół, działając czytelnikom na wyobraźnię. Wątki były pełne tajemniczości, trzymały w napięciu, jednak wystarczyło czytać dalej, by dowiedzieć się jak to było. Postacie stworzyła z dokładnością, co również bardzo mi się podobało. Ich różnorodność, ciekawe charaktery. Do końca nie wiedziałam po której stronie jest Severus Snape. Tak samo nie wiedziałam, czy Wybraniec, Chłopiec Który Przeżył zginie z rąk Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Saga o przygodach Harrego Pottera i jego przyjaciół zupełnie różni się od Sagi “Zmierzch” o młodej Belli i wampirach. “Zmierzch” łechta moje uczucia, z tegoż powodu, że jako kobieta mam te marzenia o wielkiej, namiętnej miłości, która zwycięża mimo przeszkód, natomiast “Harry Potter” daje upust mojej wyobraźni (nad wyraz bujnej), gdyż filmów raczej nie oglądałam, może pierwsze dwie części kilka lat temu. W “Harrym…” jest też to, co każdy nastolatek chcę przeżywać – mnóstwo przygód. Może Harry nie do końca miał wszystkie przygody fajne, ale większość (ta, która nie zagrażała jego życiu) była kapitalna (bo w końcu te przygody, które zagrażały jego życiu były najlepsze, aczkolwiek chyba jednak nie chciałabym ich przeżyć). Miło jest wyobrażać sobie rzeczy, których nie ma, wskoczyć w ten wir pokręconych, magicznych ludzi, stworzeń, wydarzeń.
Książki napisane są lekko, czyta się więc łatwo – strasznie wciągają. Polecam wszystkim serdecznie Harrego!
“Ostrożnie z marzeniami” to świetna, błyskotliwie napisana książka autorstwa angielskiej pisarki – Aleksandry Potter. Jej główną bohaterką jest Heather – rudowłosa trzydziestoletnia singielka z mnóstwem piegów na twarzy, która jest jednocześnie narratorem. Leczy złamane serce po Polaku (!) Danielu Dąbrowskim. Na co dzień pracuje w firmie Briana “Na zawsze razem”, która fotografuje śluby Londyńczyków. Ma zwariowanego tatę artystę – Lionela, wredną macochę Rosemary oraz brata Eda. Pewnego dnia za sprawą magicznego wrzosu spełniają się jej najskrytsze marzenia… Niestety Heather nadużywa mocy wrzosa i po kilku wydarzeniach stwierdza, że wcale nie jest jej potrzebny do szczęścia oraz, że wcale nie jest tak dobrze, jak spełniają się WSZYSTKIE marzenia. W książce pokazana jest również jej wesoła przyjaciółka Jess, przystojny i tajemniczy sąsiad – ideał oraz sympatyczny komik Gabe – Amerykanin, który zostaje współlokatorem Heather. Jeżeli ktoś byłby chętny – mogę pożyczyć książkę ;)
Myślę, że kryzys jaki ostatnio mnie dotknął idzie w niepamięć i został już raz na zawsze zażegnany.
Wszystko mi się poplątało w tym wrześniu, był to ciężki miesiąc, jednak przetrwałam przy pomocy kilku ważnych dla mnie osób.
Zmiana szkoły okazała się mieć wiele plusów – nie muszę wstawać o 6, tylko spokojnie o 7, nie muszę tłuc się autobusami, mam w niej więcej znajomych, uczą w niej naprawdę bardzo fajni nauczyciele, w prawdzie rok dłużej będę się uczyła ale za to mam zawód!
Na początku jednak bardzo dziwnie było mi wczuć sie w klasę, w końcu jest to drugi rok, kiedy się znają, a ja tak sobie przyszłam ni stąd ni zowąd i ciężko było mi się do kogoś doczepić. Wszystko zmieniło się na wycieczce. Otóż lepiej poznałam kilka osób, one też mnie lepiej poznały i zmieniły zdanie o mnie. Stwierdziły, ze nie warto oceniać po pozorach, gdyż one często mylą jak było w moim przypadku. Dziewczyny myślały, że ja to muszę być nudna, skoro gram w kościele, przyszłam z dobrej szkoły to muszę się dobrze uczyć i jestem pewnie zarozumiała. Cieszę się, że mam z kim pogadać na przerwach i pośmiać się na lekcjach.
Jak zaliczę przedmioty zawodowe z pierwszej klasy będzie już w ogóle super.
Oczywiście jak to ja, zawsze muszę sie udzielać (niestety lubię tak) – razem z samorządem uczniowskim organizujemy otrzęsiny klas pierwszych! Mam nadzieję, ze wszystko wyjdzie cacy:)
Ogólnie to jeszcze muszę się pochwalić, że ostatni weekend był najwspanialszym weekendem w moim (dotychczasowym) życiu! Nigdy wcześniej się tak nie wybawiłam jak na tym weselu i poprawinach. Cudownie się tańczy z Nim, tym jednym, jedynym! I to całą noc…
Wszystko jest teraz w jak najlepszym porządku. Jednak dużą wręcz pgromną zasługę miał w tym On, oraz moi rodzice. Było naprawdę mi bardzo ciężko, jednak dzięki Nim dałam radę to przetrwać.
Teraz oby tak fajnie już zawsze było.
P.S. Dzięki Tobie chce mi się żyć, wiesz? Bo gdyby nie Ty, to na pewno moje życie nie byłoby takie piękne, nie miałby za dużo sensu, nie cieszyłoby mnie to wszystko, bo nie miała bym z kim dzielić tej radości. Wiesz, jak wiele dla mnie znaczysz oraz jak bardzo Ciebie kocham! :):*
Dziękuję za uwagę. Niebawem napiszę coś ciekawszego niż moje życie. Buźka;)
Otóż, jak na przyszłego technika handlowca przystało, pilnie uczę się z zawodowych przedmiotów – ekonomika handlu, rachunkowość handlowa, zasady rachunkowości, elementy prawa i marketing.
Jako, że jutro mam kartkówkę z marketingu ( którego mam aż dwie godziny pod rząd…), napiszę co nieco o nim i o tym, co będę miała na sprawdzianie.
PLAN MARKETINGOWY WPROWADZANIA PRODUKTU NA RYNEK
I – Streszczenie dla kierownictwa: W planach marketingowych (podobnie, jak w biznes-planach) na początku umieszcza się streszczenie dla kierownictwa. Zawiera ono najważniejsze informacje o istocie przedsięwzięcia, o rynku i produkcie, o kosztach planowanego przedsięwzięcia i spodziewanych zyskach oraz ocenę szans i zagrożeń.
II – Analiza sytuacji: W tej części przedstawia się charakterystykę rynku docelowego i charakterystykę wprowadzanego produktu, dotychczasową pozycję firmy i konkurentów, trendy na rynku oraz wpływ różnych elementów otoczenia na proces wprowadzania produktu na rynek. Analizuje się słabe i mocne strony produktu oraz szanse i zagrożenia, które mogą wystąpić na rynku tego produktu.
III – Cele i strategie: Należy sformułować cele, jakie chce osiągnąć firma wprowadzając produkt na rynek. Najczęściej są one wyrażane przez planowany udział danego produktu w rynku, wielkość sprzedaży i zysk. Ponadto w tej części należy przedstawić strategie, jakie zostaną zastosowane dla osiągnięcia celów (strategia oddziaływania na nabywców, strategia konkurencji, strategia rozwoju).
IV – Dobór instrumentów i komponowanie mieszanki marketingowej (marketingu-mix): Przedstawia się instrumenty marketingów, które zostaną dobrane, aby osiągnąć zamierzone cele. Tworzy się zestaw tych instrumentów w postaci spójnej koncepcji marketingu-mix. Określa się zatem politykę firmy w zakresie produktu, jego ceny, promocji i dystrybucji.
V – Programy działania: Programy działania powinny być tak sformułowane, aby zawierały odpowiedzi na pytania: Co należy zrobić? Kto wykona te działania? Kiedy ( w jakich terminach) zostaną zrealizowane poszczególne działania? Jakie będą koszty działań? Ile środków finansowych potrzeba na zrealizowanie poszczególnych działań? Jaka jest ogólna wysokość budżetu planowanego przedsięwzięcia?
VI – Prognoza rachunku zysków i strat: Ta część planu zawiera prognozę finansowego wyniku przedsięwzięcia polegającego na wprowadzeniu produktu na rynek. Należy w niej przestawić przewidywane koszty i przychody ze sprzedaży oraz wynik finansowy (zysk firmy).
VII – Kontrola: Należy podać, w jaki sposób będzie prowadzona wstępna, bieżąca i końcowa kontrola działań objętych planem oraz jak będzie dokonywana analiza i ocena wyników działań.
Interesujące, prawda?
Ps. Postaram częściej się pisać, bez zabezpieczeń postów hasłem;)
Cieszę się, że znów mogę tutaj pisać. Będąc w szpitalu, zwłaszcza wieczorami, gdy mama pojechała do domu, sąsiadka z sali już o 20 głośno chrapała a ja byłam przykuta do łóżka miałam w głowie mnóstwo myśli na mnóstwo tematów. Nieskończenie wiele myśli… Często kończyło się to łzami, ale również uśmiechem na twarzy, czy też grymasem. Wtedy żałowałam, ze nie mam laptopa, oraz że nie mam go przy sobie, wtedy mogłyby być ciekawe notki na tym blogu.
Czwartek 9 lipca, 7:43 – znalazłam się w swoim szpitalnym pokoju. Dzień minął bardzo radośnie, spokojnie i bezstresowo.
Zupełnie bezstresowo, co wydaje się dziwne, prawda?
Piątek 10 lipca – nie wiedzieć czemu, nigdy nie byłam taka spokojna jak wtedy. Nie przerażały mnie myśli związane z operacją, tak jak przez cały miesiąc przed przyjściem do szpitala. Nie bałam się, że jak w niejednym śnie, zapomną dać mi znieczulenia, co oznacza, że będą kroić mnie na żywca, czy też że zmasakrują mi kolano i nie będę już nigdy chodziła. To były tylko sny. Zjeżdżając na blok operacyjny, dopiero zdałam sobie sprawę, że to się dzieje już naprawdę, jednak nadal nie ogarniał mnie strach. Głupi Jasiu działał, a w moim przypadku to bardzo pozytywne. Po operacji był jeden problem, jednak nie uważam, żeby was on obchodził – moja prywatna sprawa.
Sobota, niedziela minęły bardzo męcząco, ponieważ ile można leżeć? W poniedziałek lepiej, zdecydowanie. W dodatku to był dzień bardzo miły – 3 miesiące;). We wtorek sporo gości, miłych gości – damskie pogawędki i śmiechy były wspaniałe. Oraz niespodzianka sprawiona przez pannę Natalię w postaci książki, na którą polowałam długi czas (“P.S. Kocham Cię”). Czytałam ją długo w nocy, wczoraj jednak skończyłam. Książka tak jak się spodziewałam zrobiła na mnie piorunująco dobre wrażenie. Niemalże przy każdym rozdziale chociaż jedna łezka wzruszenia popłynęła mi po policzkach. Kiedy skończę czytać książkę, która mi się podoba, przez kilka dni staram sie w głowie ułożyć ciąg dalszy opowieści. Czuję, że bohaterów książki znam bardzo dobrze i trudno mi sie z nimi rozstawać.
Wczoraj już wylądowałam w domu. Zawsze człowiekowi lepiej, kiedy jest w domu – wiadoma sprawa. Siedząc w pokoju czuję się bezpieczniej, moja oaza. O wiele łatwiej jest się uśmiechać w domu. Ponarzekać i “pieścić” również. Bo wcale nie jestem twarda. Może nie w tym przypadku. Zresztą teraz lepiej było mi od czasu do czasu po marudzić, czy stęknąć jak boli, gdyż ból stawał sie mniej uciążliwy. Nie mogę mówić, że nie boli, w końcu mam dwie śruby w kolanie, wielką ranę na zgięciu kolana oraz mocno zbite całe kolano (co można nawet zobaczyć poprzez siniaki, które przybrały już wszystkie kolory tęczy…). Staram się jak mogę jeżeli chodzi o chodzenie i ruch tą nogą, ale nie wszystko od razu. A od poniedziałku rehabilitacja…
Muszę podkreślić, że odzyskałam ją. :) Mam nadzieję, że na zawsze.
Czasami warto przeglądać różne strony w Internecie, bo można znaleźć zawsze jakąś wzmiankę o sobie na czyimś blogu albo czymś blogopodobnym. Zaskakujące jak to fajnie się dowiedzieć, że jest się szmatą patrzącą na wygląd. Nie powiem, wmurowało mnie to. Dla mnie w związku nie liczy się wygląd. Osoba, którą się kocha zawsze jest prześliczna, najcudowniejsza, ma najpiękniejsze oczy (Mój Wep ma najpiękniejsze, ja wam mówię! i się nie kłócić proszę hehe). Najwidoczniej trudno się pogodzić z tym, że ktoś już nic nie czuje do danej osoby, więc wymyśla się powód, dzięki któremu ten ktoś jest wszystkiemu winien. W sumie ja wiem, że dużo było mojej winy w tym, jednak nie chodziło o wygląd. Po prostu nie było tego czegoś. W ogóle po co ja o tym piszę? heh. Nie przejęłam się tym, bo wiem, że to nieprawda. Jeżeli kocha się charakter to i kocha się wygląd, kocha się całokształt.
Jutro szpital. Cholera. Śmieszne to, że jeszcze wczoraj bałam się, a dzisiaj już nie. Nie boję się tej operacji już. Nie boję się bólu. Wytrzymam to, tylko dlatego, że ta operacja jest konieczna, potrzebuję jej, żeby móc normalnie funkcjonować. Również wytrzymam to, gdyż wierzą we mnie najbliższe osoby, wierzą tak jak ja, że się uda. Dużo znajomych i przyjaciół już obiecało mnie odwiedzić, jak nie w szpitalu to w sanatorium, a sama myśl, ze nie będę tam sama bardzo pomaga. Mój Najukochańszy też mnie odwiedzi;) I wspaniale będzie! Odwiedzi się Tigera naszego kochanego, pojeździ się wózkiem po szpitalu. Najbardziej szkoda, że wakacje tak szybko lecą… Za szybko!
Dlaczego drogi ludzi ze sobą związanych przyjaźnią, przeważnie się rozchodzą?
Dlaczego powstają przeszkody w dalszym przyjaźnieniu się?
Dlaczego tak trudno jest zadowolić wszystkich przyjaciół?
Dlaczego w przyjaźni rzekomej dzieje się tak wiele złego, tak wiele zdarzeń, które nie powinny mieć miejsca?
Dlaczego często jest tak, że gdy myślimy, że znamy swojego przyjaciela okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie?
Dlaczego przyjaciele odzywają się przeważnie wtedy, gdy czegoś potrzebują?
Dlaczego wokoło jest tylu pseudo-przyjaciół? Tak trudno jest znaleźć kogoś, kogo naprawdę interesuje nasza osobowość, i lubi spędzać z nami czas, ponieważ dobrze czuję się w naszym towarzystwie, a nie, żeby mieć z tego jakieś korzyści.
W przyjaźni powinno się rozumieć drugą osobę, lub chociaż starać sie zrozumieć.
Prawdziwy przyjaciel zawsze wysłucha, pomoże jak tylko będzie umiał, a jeśli pomóc nie jest w stanie, to powinien wesprzeć duchowo.
Rozmowa przyjaciół nie powinna wyglądać na zasadzie:
A: Cześć! Co u Ciebie?
B: Cześć. A wszystko okej.
A: To fajnie.
B: a u Ciebie?
A: a też dobrze.
(po dwóch godzinach)
A: muszę lecieć, papa;*
B: No pa:*
To coraz bardziej mnie smuci, że praktycznie wszystkie rozmowy z moimi przyjaciółmi tak wyglądają. Czy ja naprawdę jestem taka bezwartościowa? A może pusta? Czy też po prostu głupia? No bo jak wytłumaczyć to zjawisko? Nie ma o czym ze mną rozmawiać?
Prawdziwa przyjaźń jest czymś równie wspaniałym jak miłość.
Czy ja mam jeszcze przyjaciół? Ale takich prawdziwych, nie pseudo-przyjaciół… Bo takich to mam na pęczki, o czym się przekonałam szybko i łatwo.
W przyjaźni powinno się wszystko wybaczać? Bo powątpiewam już w istnienie całej tej przyjaźni…
Najbliższa rodzina i Ty – chyba tylko Wam mogę zaufać.
Temat przyjaźni stał się dla mnie bardzo pokręconym tematem. I już sama nie wiem co myśleć o tym…
Moja obsesja z dnia na dzień sie nasila. Tym razem mam jednak tę drugą życiową obsesję, a mianowicie “Upiora w Operze”.
Nie ma dnia, żebym nie słuchała różnych utworów z tego musicalu. Każda jedna nutka, każdy wyśpiewany wyraz sprawia, że mam ochotę tego słuchać do końca życia. Każda piosenka, każda sekunda wprawia mnie w totalne wyłączenie się ze świata. Mój umysł przenosi się do Paryskiej Opery, wiek XIX. Wyobrażam sobie, jak obserwuję z boku każde poczynanie Upiora, co przyprawia mnie o nienawiść do niego, jednak czasem wzbudza we mnie litość. W musicalu rzecz jasna p. Andrew Loyd Webber nie pokazał wszystkiego co zawarte jest w książce. A szkoda, bo z pewnością było ciekawiej. Chociaż z drugiej strony, piękna miłosna historia zmieniłaby się w koszmar. Więc jednak dobrze, że musical jest inny hehe.
Eryk, którego żal jest w musicalu tak naprawdę był milion razy gorszym typem, którego wspaniale Gaston Leroux opisał w książce. Jego dzieło mimo charakterystycznego stylu pisania wciąga maksymalnie! Czytałam już 5 razy i jeszcze przeczytam nie raz (a za każdym razem zajmowało mi to góra dwie noce). W książce tego francuskiego dziennikarza, a zarazem śledczego, jest pokazane jak historia Eryka, Christine i Rauola wyglądała w rzeczywistości. To do czego był zdolny Upiór, było wręcz straszne. Jednak zachwyca mnie jego spryt, zdolności wokalne jak i te magiczne.
“Upiór z opery istniał naprawdę. Od pierwszych chwil, kiedy zacząłem, przeglądać dokumenty Akademii Muzycznej, uderzyła mnie nadzwyczajna zbieżność między zjawiskami łączonymi zazwyczaj z duchem, a jednym z najbardziej tajemniczych i fantastycznych dramatów, jakie kiedykolwiek miały poruszać Paryż. Doszedłem wkrótce do wniosku, że można będzie, być może, racjonalnie wyjaśnić jedną historię dzięki drugiej. [...] Z początku byłem nieufny, ale kiedy Pers opowiedział mi z dziecięcą szczerością wszystko, co mu było wiadome na temat upiora, i kiedy powierzył mi na własność dowody na jego istnienie, w szczególności zdumiewające listy Christine Daae, korespondecję, z której w sposób oczywisty można było się dowiedzieć o jej przerażającym losie, nie mogłem już mieć najmniejszych wątpliwości! Nie! Nie! Upiór nie był czczym mitem!”
I czy będzie mnie uważać za głupią, czy też nie, ja wierzę, że taki sobie Eryk Upiór z Opery żył! I że to było prawdą.
Ja chcę znów na Upiora! Do Romy! Tak, tak, chcę! Bardzo!
A Ty mój piękny obiecałeś, że pojedziemy kiedyś razem, więc poczekam;)
Bo muszę przyznać, że nasza, polska wersja tego pięknego musicalu jest rewelacyjna! Raz tylko byłam, w styczniu, ale do dziś pamiętam wszystko dokładnie. Żyrandol robi wrażenie, orkiestra gra bezbłędnie! Obsada była również udana – Kaja Mianowana, Tomasz Steciuk i Marcin Mroziński (Inowrocławianin!). Oczywiście były małe wpadki, ale głównie w roli Christine. Jednak nie były wielkie, w sumie to moja ciocia ich nie spostrzegła, ale ja znam te utwory na pamięć, więc słyszałam zmiany. Mimo wszystko, wybaczam Kai, ponieważ jest tylko 19 letnią dziewczyną, która dopiero uczy się. Zresztą stres robi swoje. Barwę głosu ma przepiękną, skalę bardzo wielką. Jest urocza i bardzo ładnie prezentuje się u boku Mrozińskiego. A właśnie, co do niego, to zupełnie nie mam zastrzeżeń, bo chłopak był idealny! Ani jednego błędu nie zrobił. Nawet miałam okazję go spotkać! I patrzyłam mu w oczy hehehe. Głos jego hipnotyzuje wręcz.
A pan Steciuk jest moim zdaniem najlepszym Upiorem. Ma w sobie tą specyficzną do Upiora chrypkę, lata praktyki w śpiewaniu i wspaniale interpretuje. Hehe zabawne, bo pamiętam jeszcze, jak dawał głos do Prosiaczka w Kubusiu Puchatku.
Ciekawe, kogo będzie z was to obchodzić… hehe
Podsumowując, bardzo gorąco polecam zarówno książkę jak i musical!
Nie pożałujecie, zwłaszcza wszyscy fani Opery i książek, które czyta się z dreszczykiem i gęsią skórką.
Pozdrawiam!
W;*
